chlip.pl
zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
Przeglądasz teksty w kategorii: felietony
« verte


Dobroduszny
felieton, 18 marca 2001 r.

Tym razem nie będzie o komputerach, geekach czy gadżetach -- zbliżający się 1 kwietnia usprawiedliwi, mam nadzieję, to nagięcie przyjętego w Gazecie stanu rzeczy.

Zacznę od pytania -- ile warta jest dobra anegdota, pełna życiowej mądrości i... poczucia humoru? 150 zł i 4 punkty.

Jest sobotnia noc, deszcz leje jak z cebra, ulice puste -- Ty właśnie wracasz do domu. Na przystanku autobusowym mijasz dwie moknące, młode niewiasty próbujące "złapać stopa". Okazuje się, że starają się dotrzeć do Rybnika, a ostatni PKS odjechał parę godzin temu...

Robi Ci się ich żal -- postanawiasz zrobić coś dobrego, uczynić ten świat choć odrobinę piękniejszym. Pierwszą przeszkodą są same dziewczęta -- musisz przekonać je, że nie jesteś zboczeńcem, nie próbujesz wykorzystać sytuacji, że z Tobą wszystko w porządku i chcesz im po prostu, bezinteresownie pomóc...

Z przekabaconymi dziewczętami przychodzisz do domu po kluczyki od samochodu, gdzie przekonać musisz własną rodzinę, że to całkiem normalne, wielkopostne zachowanie. Tak, chcesz podwieźć dwie nieznajome dziewczyny do Rybnika.

W trakcie podróży okazuje się, że umówiły się z kimś w jednej z gliwickich dyskotek, oczekiwane osoby nie pojawiły się, więc im nie pozostało nic innego, jak wracać do domu -- zrobiło się jednak odrobinę za późno... W tym miejscu miłą pogawędkę przerywa przedstawiciel rodzinnego miasta dziewcząt z radosnym "Witamy w Rybniku, mierzymy prędkość..." na ustach.

Teraz pozostaje Ci już tylko przekonać miłych panów policjantów, że jesteś całkiem normalnym młodym człowiekiem, który wcale nie zamierza dziewczyn wykorzystać w żaden sposób. Po zachęcającej anegdocie o podobnym przypadku, jaki zdarzył się jednemu ze stróżów prawa, któremu to trzy dni wdzięczność autostopowiczka z Łodzi okazywała -- odbierasz mandat kredytowy, obietnicę czterech punktów i słyszysz na pożegnanie:

-- A jak pan będziesz za moment wracał...
-- Tak, oczywiście, będę jechał powoli...
-- A jak pan będziesz za moment wracał, toś dupa, a nie facet!

Ot, cały ja -- pełen dobrych chęci idealista -- dupa.

napisane dla Gazety Powszechnej

Razu pewnego blacharz, oglądając rodzinny samochód zapytał: "To nie są nowe drzwi, prawda? Ktoś już je kiedyś naprawiał?". Otóż nie -- nie dalej, niż dwa miesiące wcześniej renomowany serwis miał wstawić nowe drzwi -- nawet przetrzymał samochód dłużej, bo trzeba było te drzwi sprowadzić z zagranicy...

Znajomy usłyszawszy tę historię był szczerze zdziwiony naszą rodzinną naiwnością -- "Przecież wszyscy tak robią! Trzeba było zażądać starych drzwi przy odbiorze. Każdy o tym wie!" Ja nie wiedziałem, rodzina nie wiedziała, sąsiedzi nie wiedzieli...

Tak zrodził się pomysł na serwis internetowy zbierający owe "oszustwa codzienności", piętnujący nieuczciwych serwisantów, sprzedawców, wszelkiego rodzaju naciągaczy. Pierwotnie miał on bardzo konkretnie wskazywać oszustów -- z nazwami firm, adresami, nazwiskami... Jednak znajomy prawnik kategorycznie zabronił -- każdy z posądzonych mógłby domagać się ode mnie, jako wydawcy, satysfakcji na drodze sądowej. Kosztowna perspektywa.

Stanęło zatem na zbieraniu jedynie opisów sytuacji -- by uczulić potencjalne ofiary na możliwe oszustwa. Wiedząc, jak "to" działa, znając sposoby, jakimi w danej dziedzinie życia ktoś będzie nas próbował oszukać -- łatwiej nam będzie taką sytuację rozpoznać i jej zapobiec. Jednocześnie rozwiązanie takie uchroni rzetelne firmy od szkalowania ich dobrego imienia przez nieuczciwą konkurencję.

Powstał Oszust.com.

Temat podchwyciły media -- już pierwszego dnia głośno o "Oszuście" było w polskich portalach, materiał nagrało Radio Flash -- w nim na temat serwisu wypowiedział się Rzecznik Prokuratury Okręgowej, uznając serwis za legalny, dopóki przestrzega Ustawy o Ochronie Danych Osobowych. Dwa dni później Oszust.com zagościł w wieczornej Panoramie i Wiadomościach.

Okazało się, że oszukanych w Internecie nie brakuje. Codziennie przybywają opisy sytuacji, w których ktoś padł ofiarą nieuczciwego sprzedawcy, akwizytora, podejrzanej promocji. Nie brak porad od ludzi doświadczonych, komentarzy do już zebranych oszustw -- sugestii, na co należało zwrócić uwagę, gdzie tkwił przysłowiowy haczyk. W powołanym do tego celu forum internauci próbują stworzyć obraz charakterystycznego oszusta. Jest on miły, ma zawsze zbieżne z naszymi poglądy, często spieszy się, a w kilku przypadkach cechą charakterystyczną okazały się... wąsy!

napisane dla Gazety Powszechnej

Wirus w poczcie?
felieton, 28 lutego 2001 r.

Prasa, telewizja, tłumy znajomych -- wszyscy trąbią o kolejnym wirusie rozpowszechnianym w Internecie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Telefony od użytkowników urywają się -- administratorzy załamują ręce... Choć tym, z czym nie mogą sobie poradzić nie jest bynajmniej wirus. Problemem są użytkownicy.

"Na początku było słowo" -- pisze Jan w prologu swej Ewangelii. Gdy ludzie je ujarzmili, nauczyli zapisywać -- zaczęli za jego pośrednictwem przekazywać wiadomości. Przez posłańców, urzędy pocztowe, Internet...

Elektroniczna korespondencja, do której przekazu nie jest już wymagana praca pośredników pierwotnie pozwalała na przesyłanie jedynie tekstu. Z czasem przydatnym okazała się możliwość wysyłania plików dołączonych do listu -- czy to zdjęcie żony, kopię ważnego dokumentu czy niewielki program. Z tym ostatnim zalecano szczególną ostrożność ze względu na ewentualne wirusy. Aż pewnego pochmurnego dnia ktoś wpadł na pomysł, że można by w ten sam sposób wysyłać strony www...

Microsoft postanowił ułatwić użytkownikom życie i połączył przeglądarkę z programem pocztowym -- pozwolił też użytkownikowi pisać listy z wszystkimi dodatkami, które oferowało www -- wysyłać obrazki, zmieniać wielkość i krój liter, dodać kolory. Poczta elektroniczna tych, których takie możliwości skusiły, ożyła, zaczęła przypominać papeterię -- jednak Bogowie Internetu pomysł jednogłośnie odrzucili.

Aż pewnego dnia sprytny młody człowiek zauważył, że ów program pocztowy poza wyświetlaniem kolorowych obrazków potrafi wykonywać przeróżne skrypty, które w normalnych warunkach (gdy strona znajdowała się na serwerze) były nieszkodliwe. I tu sprawa się skomplikowała -- uruchamianie czegokolwiek bez wiedzy użytkownika okazało się poważną dziurą w bezpieczeństwie komputera. Pojawił się wirus "I LOVE YOU" -- media w ciągu jednej doby z błędu programistów Microsoft uczyniły zagrożenie globalne, twierdząc, iż nikt nie jest bezpieczny.

Microsoft dziurę miał załatać i sprawa ucichła... Do czasu, gdy kolejny młody człowiek znalazł sposób, by ów program pocztowy (Outlook) zafundował swoim właścicielom jeszcze jedną niespodziankę. Bez pytania, po otwarciu wiadomości uruchamiał dołączonego do niej wirusa, który (za tego samego programu pośrednictwem) "wysyłał się" wszystkim, do których adresy w programie znalazł.

Problem nie tkwi więc w podatności samej poczty elektronicznej na wirusy -- prawdę powiedziawszy bardziej podatna jest kartka papieru przenosząca przecież miliardy drobnoustrojów! "Dziurawy" jest jeden jedyny produkt firmy Microsoft, która w szale upiększania oprogramowania po raz kolejny zapomniała o jego walorach praktycznych...

napisane dla Gazety Powszechnej

Spam?
felieton, 25 lutego 2001 r.

"..bo SPAM to ta sama wiadomość wysłana wiele, wiele razy.."

Niemal codziennie ktoś próbuje dostać się do klatki schodowej, bo "roznosi ulotki". Potem przebiega po piętrach upychając nikomu nie potrzebne świstki, gdzie popadnie. Bardziej leniwi rozrzucają je po prostu na parterze, ewentualnie wciskają je do skrzynek pocztowych -- generalnie robią straszliwy bałagan. Ulotki w najlepszym wypadku lądują w koszu na śmieci, choć częściej pozostają wątpliwą dekoracją klatek schodowych...

Bardziej elegancką, wydawałoby się, formą reklamy jest wkładanie ulotek formatu A4 do skrzynek pocztowych, pozostawiając jeszcze kilkanaście egzemplarzy "dla gości". I tu jednak większość niezainteresowanych wyjmuje je i pozostawia na, najczęściej już rozsypującym się, stosie "dla gości". Znów bałagan.

Cóż począć, gdy nawet Poczta Polska oferuje tanią usługę kolportażu ulotek "DirectMail"?

Problem zaśmiecania skrzynki pocztowej stosem reklam to równie uciążliwa przypadłość w Sieci. Bazy adresów e-mail sprzedają się doskonale, a każdy nowy serwis WWW stara się pozyskać jak najwięcej oglądających. Zakładający darmowe konta godzą się na to już na wstępie -- jeden z punktów regulaminu serwisów oferujących darmowe konta wspomina o otrzymywaniu określonej ilości reklam dziennie.

Co w tym złego? Jeśli co drugi list, który otrzymujesz to reklama wątpliwej jakości serwisu "o tych sprawach", do tego przez błąd automatu je rozsyłającego dostajesz ją pięć razy pod rząd -- powoli zaczynasz tracić cierpliwość. Gdy do tego, nie daj Bóg, łączysz się przez tradycyjny modem płacąc za każde trzy minuty połączenia -- i w końcu udaje Ci się odebrać upragnione 50 wiadomości, z których 40 okazuje się być reklamami... tracisz cierpliwość.

Co ciekawe -- rośnie liczba tych, którzy tego typu listy kasują bez otwierania -- wiadomości o nagłówkach w stylu: "Jak szybko zarobić?", "Zdjęcia pięknych Polek nago" czy "Nowy, najlepszy, najciekawszy serwis WWW o stonce kubańskiej" trafiają więc do kosza niemal automatycznie.

Po co jednak marnować energię niezbędną do naciśnięcia klawisza, całkiem sporej, w skali świata, grupy ludzi, obciążać serwery pośredniczące w przekazywaniu tych wiadomości, jak i te, które je w końcu muszą przyjąć?

Problem dostrzegli już Amerykanie, którzy starają się podciągnąć spam pod istniejące już prawo zabraniające rozsyłania nieproszonych faksów reklamowych -- jako niepotrzebne generowanie kosztów osobie poddanej reklamie.

Nam jednak jeszcze przez lata pozostanie zamiatać klatki schodowe z ulotek i kasować nieproszoną pocztę, od czasu do czasu pisząc rozsyłającym, co o ich pomyśle na ulepszenie naszego życia sądzimy.

napisane dla Gazety Powszechnej

verte »
« verte