Mądrość ludowa przynosi wiele prawdziwych i jakże przydatnych w życiu codziennym przysłów, których bagatelizowanie pociąga za sobą przykre konsekwencje. Zaleca więc milczenie, przeciwna jest spółkom (zwłaszcza tym kulinarnym), stanowczo odradza pożyczki, prawdziwych przyjaciół poznaje w biedzie.. Generalnie uczy, jak żyć, by dożyć spokojnej i dostatniej starości.
I o ile oczywistym wydaje się, że ładnemu we wszystkim ładnie i że nikt nie lubi posłańca przynoszącego złe wieści, o tyle trudno przed samym sobą uznać za dobry zwyczaj odmawiania pomocy potrzebującym..
Tym bardziej, że rzecz najczęściej dotyczy książek, filmów, płyt i przysłowiowego sekatora -- przedmiotów, które w innym wypadku pokryłby kurz, z których korzysta się rzadko, okazyjnie lub też których, w zabieganiu dnia powszedniego, nie planuje się w najbliższym czasie eksploatować..
Aż, pewnego dnia, gdy niespodziewanie pojawia się ogrom wolnego czasu (precyzując: wolne popołudnie) i gdy jest okazja nadrobienia zaległości -- rodzi się pragnienie przeczytania zakupionej już jakiś czas temu książki, poświęcenia tego szczególnego czasu filmowi "spod choinki", dla którego nie było dotąd odpowiedniego nastroju, czy wreszcie pielęgnacji zaniedbywanego od miesięcy żywopłotu.
Wtedy to okazuje się, że ktoś upragnione dobra od nas pożyczył.
Przez tę jedną chwilę, w tym bardzo szczególnym momencie, bezlitosne przysłowie ma szansę stać się regułą życia. Co więcej -- do wpisania go na pierwszym miejscu skłania bolesne odkrycie, iż nikłe są szanse rzeczy odzyskania. Z dość prozaicznego powodu: nie do końca wiadomo kto i w jakich okolicznościach je wyniósł..
To chwila, gdy należy dokonać wyboru. Wyboru między zgorzkniałym, statecznym staruszkiem, który ma wszystko pod kontrolą a pozbawionym połowy swych dóbr naiwniakiem, który wydał fortunę na obdarzonych tą szczególną odmianą sklerozy znajomych..
Oczywiście istnieje alternatywa -- równie leciwe prawo, głosem którego niesieni wyłudzamy sekator od sąsiada, odnajdujemy pożyczone od koleżanek "na tydzień, góra dwa" nie mniej interesujące książki, wreszcie sięgamy po film, którego zakupu nie możemy sobie przypomnieć..
Panta rei.
-- Co tam u Ciebie?
-- Wiesz, ostatnio byłem w Krakowie i..
-- A, tak, czytałem.
To raczej typowy scenariusz rozmowy z człowiekiem prowadzącym bloga (ang. web log -- sieciowy dziennik) -- z kimś udostępniającym zapis swoich myśli w sieci.
Po publikacjach na temat tego trendu Polskiej sieci w takich pismach, jak "Playboy" czy "Filipinka", niesłusznie wśród wielu utrwaliło się przekonanie, iż blog to typowy pamiętnik nastolatki, pełen istotnych dla niej jedynie błahostek codzienności w wersji internetowej. Owszem, bywa i tak -- na filipinkowych pamiętnikach jednak nie koniec.
Kolejnym "sztandarowym" przykładem polskiej prasy jest, opisujący swe miłosne podboje, nieposkromiony "Lubek z Warszawy" i, oczywiście, Krystyna Janda -- odkrywająca tajemnice życia gwiazdy przed całym światem "artystka multimedialna".
Spróbujmy jednak inaczej. Wyobraź sobie kartkę papieru. Kartkę papieru zawierającą jakąś myśl, ubraną w słowa chwilę, marzenie, komentarz filmu, książki.. Skrawek myśli autora, zatrzymaną na niej codzienność. Wyobraź sobie cały zeszyt takich kartek papieru. Każda z nich stanowi odrębną całość, wszystkie razem -- swoiste dzieło literackie. Blog.
Są tacy, którzy uważają je za szczyt sieciowego ekshibicjonizmu, wrzucając do jednego worka z reality-shows, nie brak jednak i tych, którzy upatrują w blogach nowej, odpowiadającej naszym czasom, formy literatury. Jedno jest jednak pewne -- ta nowinka zza Wielkiej Wody zadomowiła się w naszym rodzimym Internecie na dobre -- na dzień dzisiejszy liczba polskich blogów, dzięki takim automatom, jak blog.pl, nlog czy niBylog, sięga kilku tysięcy.
Kilka tysięcy Polaków udostępniających fragmenty siebie w sieci. Poznających się tą drogą nawzajem, dyskutujących na wszelakie tematy -- od spraw stricte zawodowych przez komentarze wydarzeń codzienności, po ciężkie dyskusje o życiu, sensie istnienia. Łączy ich jedynie forma publikacji, często nie wiedzą o swoim istnieniu -- wybierają sobie kilku znajomych-nieznajomych, do nich zapraszają ze swoich stron, o ich spojrzeniu na świat wiedzą często więcej, niż ich własne rodziny.
Jeszcze rok temu ich liczba w polskiej sieci sięgała setki, dwa lata temu było ich kilkoro. Mieli do wyboru narzędzie amerykańskich programistów -- Blogger lub własne, autorskie rozwiązania -- musieli posiadać choć elementarną wiedzę o WWW, miejsce na serwerze, pomysł na oprawę graficzną swych słów.
Dziś wystarczą 2 minuty poświęcone na założenie konta-bloga w serwisie nlog czy blog.pl, by stworzyć własny "pamiętnik". Może dlatego, niestety, ciężar z jakości przeniósł się na ilość. Blogi pojawiają się, po chwili znikają, a ich autorzy często sami nie wiedzą, po co je założyli, o czym tak naprawdę chcą pisać. Zakładają po pięć liczników, by mieć pewność, że ktoś czyta, że dzięki temu stają się osobą publiczną. Piszą dla pisania, dla statystyk -- nie dbają o jakość, o poprawność stylistyczną.. często zapominają nawet o treści. To grupa "z medialnej nagonki".
A ci, których ośmielę nazwać się "powołanymi"? Ci wiedzą doskonale o czym chcą pisać, wiedzą, w jaki sposób. Stawiają sobie granice prywatności, intymności. Gdy nie mają nic do powiedzenia -- nie mówią -- myślenie "muszę pisać, bo stracę popularność", tak częste dla pierwszej grupy, jest im obce. Znają swoją wartość, bawią się słowami, formą. Zostawiają w sieci kawałek siebie.
Blog. Pamiętnik? A może potężne medium opiniotwórcze? Władza w rękach ludu -- odebrana prasie, telewizji, politykom? Może w czasach, gdy dziennikarzy rzadko stać na autentyczność, na własne zdanie; gdy telewizja serwuje poniżającą papkę triady złożonej z audiotele, telenowel i coraz to wymyślniejszych reality-shows -- autentyczność spojrzenia na świat osoby w tę medialną machinę nie wplątanej ma szansę przyciągnąć sporą liczbę spragnionych życia czytelników.
I, być może, już w całkiem niedalekiej przyszłości to właśnie blogi będą podstawowym źródłem codziennych informacji o świecie, ciekawostek, dobrych zdarzeń -- niekoniecznie spektakularnych, tak różnych od prezentowanych w szukających sensacji mediach. Zdarzeń pięknych, dobrych, prawdziwych..
A może to już dzieje się -- tu i teraz, na naszych oczach?
-- A jaki jest twój znak zodiaku?
-- Nie mam.
-- Nie masz?! Każdy ma..
-- Ryba.
- Aa.. no tak, wiedziałam.
To dość popularny scenariusz zawierania znajomości z nowoczesnymi, oświeconymi, młodymi dziewczętami. Zdumiewające, jak wiele potrafią się o Tobie dowiedzieć -- wystarczy im data urodzenia, a już wiedzą, że jesteś doskonałym kochankiem (jakże ważna to informacja dla nastolatki!), kiepsko gotujesz i nie nadajesz się na stanowiska kierownicze, a do tego łatwo popadasz w nałogi. To takie proste, wystarczyło urodzić się parę dni później, a byłbyś ideałem..
No właśnie, o ile za wcześnie przyszedłeś na świat? Zależnie od tego, jaką wersję przyjmiemy -- powinieneś był urodzić się rok później (zodiak chiński), w bliższym naszej kulturze okresie kilkunastu dni, czy idąc w ślad za bardziej dociekliwi badaczami nieba -- wystarczyłoby kilka godzin..
"Otóż Ciotka Paszczaka, założycielka domu dla podrzutków, interesowała się astrologią (na użytek domowy) i bardzo słusznie zwróciła baczną uwagę na gwiazdy, pod którymi przyszedłem na świat. Wskazywały one na narodziny bardzo niezwykłego i utalentowanego Muminka i Ciotka Paszczaka zaniepokoiła się, że będę jej sprawiał wiele kłopotów. (...)
Położenie gwiazd to zdumiewająca sprawa! Gdybym się był urodził kilka godzin wcześniej, byłby ze mnie zwariowany pokerzysta, a wszyscy, którzy by przyszli na świat dwadzieścia minut po mnie, byliby zmuszeni przyłączyć się do ochotniczej orkiestry Paszczaków. (Niech tatusiowie i mamusie będą ponad wszelką miarę ostrożni, zanim wydadzą na świat dzieci; zalecam im jak najdokładniejsze wyliczenia)."
/T. Jansson, "Pamiętniki tatusia Muminka"/
Oczywiście nie tylko chwila urodzenia ma wpływ na to, kim będziesz. Powszechnie przecież wiadomo, że rude są fałszywe, blondynki głupie, a na brunetów lepiej uważać -- zwłaszcza wieczorową porą. Niebagatelna okazuje się również kwestia Twojego imienia..
W tradycji żydowskiej imię wywodziło się od ważnego wydarzenia w życiu osoby (biblijny Mojżesz to "wyjęty z wody"), zaś pewne plemię indiańskie nadawało imiona od pierwszej rzeczy, którą ujrzała matka po porodzie (znany wielu wódz Wiadro -- "Wiadro wody wylewane na dwa psy"). Dzisiejszy świat odrobinę ten porządek odwrócił -- to imię decyduje o tym, jaki będziesz.
Wiem, że nie dorównam Tatusiowi Muminka, pozwól jednak, na koniec..
Piotr -- imię wywodzi się z greckiego Kefas -- skała, opoka. Mimo to jego pierwszy właściciel zaparł się swego mistrza trzykrotnie. Piotr to najczęściej szuja, krętacz, złodziej i oszust. Nosiciel tego imienia nie ma szans na żaden talent artystyczny, jest jednocześnie zbyt leniwy na pracę fizyczną. Praktycznie nie ma zainteresowań, nie będzie szukał w swym nudnym życiu żadnych ideałów. Łatwo popada w nałogi, obraca się zawsze w złym towarzystwie. Nie powinien zakładać rodziny, posiadać rodzeństwa czy nawet hodować rybek..
Gdy usłyszysz "filatelista" -- potrafisz w miarę dokładnie wyobrazić sobie, o kogo chodzi; gdy padają słowa "Rysiek jest wędkarzem" -- przed oczami majaczy Ci obraz człeczka w wysokich, gumowych butach, z haczykami wpiętymi w czapkę z daszkiem dookoła głowy. Od czasu do czasu możesz jednak spotkać określenia mniej oczywiste -- co powinna podsunąć Ci wyobraźnia, gdy usłyszysz "Czesiu to geek"?
Słownik Webstera podaje dość ciekawą definicję -- uznając geeka za postać z ludowych zabaw karnawałowych -- szaleńca, człowieka obłąkanego, często odgryzającego kurczakom głowy. Wśród dzisiejszych geeków pewnie by się kilku takich znalazło, nie ośmieliłbym się jednak uczynić z tego opisu reguły. Przeglądając istniejące w samej tylko polskiej sieci definicje "słownikowe" dojść można do wniosku, że jest ich tyle, ile samych geeków -- palmę pierwszeństwa przyznałbym znalezionej w Magazynie Webmaster za oryginalne stwierdzenie:
"..termin zbliżony jest znaczeniowo do hakera; ktoś, do kogo pasuje określenie geek jest jakby w «stadium przejściowym» i być może za jakiś czas «zasłuży» na miano hakera..".
Pozwolę sobie przybliżyć ten termin na własną, bardziej ze światowymi trendami zbieżną, modłę. Wychodząc od podsuniętej przez Magazyn teorii -- czy geek to hacker? I tak i nie -- per analogia do sprawy kwadratu i prostokąta -- już w szkole podstawowej uczymy się, że każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt to kwadrat. Być geekiem to żyć w pewien określony sposób, wyznawać specyficzną hierarchię wartości, poświęcać czas i siły określonym celom -- niezależnie od dziedziny życia, której to dotyczy. Niemniej przyjmuje się, że ten prawdziwy geek to computer geek -- człowiek oddany pasji, jaką są dla niego komputery, a od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych -- niewątpliwie i Internet.
I w tym momencie najprawdopodobniej już go widzisz -- młody człowiek, który nie wie co to życie towarzyskie, nie wie co to świat poza jego czterema ścianami, klawiaturą i monitorem. Nie dba o to, jak wygląda, obżera się chipsami, waży 200 kg, a twarz jego maskują grube szkła zupełnie pozbawionych stylu okularów. Otóż nie -- bohater Twojej wyobraźni to nerd. Raz jeszcze powołując się na słownik Webstera -- "nerd -- pozbawiona stylu, nieatrakcyjna lub społecznie odizolowana osoba, najczęściej poddańczo oddana intelektualnym lub naukowym celom (np. komputerom)."
"Najkrócej rzecz ujmując geek to taki nerd posiadający życie osobiste. My nie izolujemy się od ludzi naszymi komputerami i siecią; wręcz odwrotnie -- wykorzystujemy Sieć do zawierania nowych znajomości, które «materializujemy» przy pierwszej nadarzającej się okazji." -- Johny Lizard, 24 lata.
Geeki, jak każde żywe stworzenia, nie potrafią egzystować bez pożywienia. Dieta stosowana przez tę grupę zdecydowanie różni się od panujących w domach zwyczajów -- jedzą wszystko, co nie wymaga zbyt długich przygotowań. Mówiąc ściślej -- wszystko, co można zamówić przez telefon i ewentualnie odgrzać w kuchence mikrofalowej. Na stołach ich królują zatem chińszczyzna, wszelkiej maści pizze, chipsy, bogate w kalorie czekolady, batony... Są geeki, które na drodze swej spotykają kobiety, co więcej żenią się z nimi! Te cierpliwe istoty znacznie urozmaicają dietę swoich wybranków, narażone są jednak na to, iż doskonale przyrządzony obiad małżonek zje parę godzin od chwili jego podania, zajęty właśnie jakimś nie cierpiącym zwłoki zadaniem.
kobieta-geek?
Równouprawnienie kobiet nie przyniosło jeszcze, miejmy nadzieję, kobiet-górników -- zdarzają się jednak kobiety-geeki. Niezrozumiane przez własną płeć, niezrozumiane przez większość spotykanych mężczyzn, zjawiska do niedawna równie rzadkie, jak jednorożce -- dziś zdobywają Sieć. W wyobrażeniach dużej części męskiej populacji podobne do Lary Croft lub Pameli Anderson w znaczny sposób urozmaicają życie sieciowej społeczności.
Konsekwentne brnięcie geeków do znalezienia rozwiązania nurtującego je problemu najłatwiej chyba porównać do pasji szalonego naukowca, z rozwichrzoną fryzurą, siedzącego po nocach w swoim laboratorium -- obojętnego na wschody i zachody słońca za oknem. Geek nie spocznie, nim nie upora się z, często wcale mu do życia niepotrzebnym, wyzwaniem -- spróbuje wszelkich znanych mu sposobów, przeczyta wszystko, co uda mu się na dany temat znaleźć, raz jeszcze spróbuje, a gdy wszystko zawiedzie -- zapyta. Zapyta bardzo, bardzo dyskretnie.
Sen jest w ich życiu czymś, co się zdarza. Owszem -- lubią spać i bardzo nie lubią wstawać, gdy jednak coś geeka zaabsorbuje -- zapomina o śnie. Z biegiem lat wielu stworzyło sobie własny, dość specyficzny tryb pracy -- przesypiają popołudnia, by móc pracować w nocy, gdy nikt im nie przeszkadza, a Sieć należy do im podobnych. Zasypiają, gdy wschodzące słońce i budzące się za oknem ptaki zaczynają skutecznie przeszkadzać im w koncentracji. Parę godzin później rozpoczynają dzień pracy od litra bardzo czarnej kawy.
kawa
Kawa -- napój bogów. Obowiązkowo czarna, pod żadnym pozorem słodzona. Bez tego życiodajnego dla geeka płynu -- nie potrafi on wykonać żadnej, najprostszej nawet czynności. Geek dba jednak o swój organizm, wie doskonale, że zbyt duża ilość kawy mogła by mu zaszkodzić -- zastępuje ją więc równie szlachetnym duetem -- pochodnymi CocaColi i... piwem -- niekoniecznie bezalkoholowym.
Trudno mówić o ludziach zajmujących się komputerami nie wspominając o systemie operacyjnym, którego używają. W przypadku geeków łatwiej powiedzieć, jakiego systemu nie używają. Większość z nich stroni od wszystkiego, co ma na sobie piętno Microsoft -- owszem, istnieje pewien odłam widzący w Billu Gatesie wzór geeka -- są oni jednak naprawdę nieliczni. Tradycjonaliści uznają więc twórcę Windows za wcielenie zła, w najlepszym wypadku geeka, który zagubił drogę. W ich świecie królują systemy Unixo-podobne, wszelkiej maści Linuxy, czasem zdarzy się komputer pracujący pod BeOSem czy OS/2 Warpem. Litanię zamyka dość specyficzne podejście do maszyn o jednym klawiszu myszy i futurystycznych kształtach -- i tu nie ma jednak reguły.
Scholastyczne bitwy o wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą dotarły i do nich -- w nowej formie dyskusja ta dotyczy wyższości jednej dystrybucji Linuxa nad innymi, Vi nad Emacsem, czy CocaColi nad Pepsi. Podczas, gdy w średniowieczu zastanawiano się, ile diabłów zmieści się na główce od szpilki -- geeki o wiele bardziej metodycznie podchodząc do nurtujących je zagadnień potrafią np. policzyć ile adresów IPv6 przypada na m2 powierzchni naszej planety. Podobnie, jak ich średniowieczni prekursorzy -- i oni podchodzą do tego bardzo, bardzo poważnie.
Tak, doskonale wiedzą, jak spędzać czas wolny. Prawdę mówiąc, robią dokładnie to samo, co w pracy -- tym razem dla relaksu. Jeśli jakiś geek jest webmasterem -- gdy skończy pracę zabierze się za projektowanie własnej strony; administrator, by utrzymać się w formie -- przeinstaluje sobie kolejny raz system na domowym serwerze. Nie stronią jednak od sztuki -- z rozkoszą oglądają po raz setny kultowe (obowiązkowo!) filmy, czytają kultowe (!) książki. StarTrek, Babylon 5, X-files -- to dla nich religia. Jeśli ujrzysz w ręku geeka książkę i nie będzie to podręcznik oficyny O'Relly -- geek czyta fantastykę: Dick, Herbert, Tolkien; polski światek nie pogardzi Sapkowskim czy Lemem.
Wiedzą też, jak wydawać zarobione pieniądze. O ile nie są to geeki ustatkowane, na których barkach spoczywa obowiązek utrzymania rodziny -- sukcesywnie podnoszą komfort swojego życia otaczając się gadżetami. Coraz lepsze zegarki, nowsze telefony, odtwarzacze mp3, palmtopy, notebooki. Półki zapełnią płytami DVD, lodówki zapasami Coli, do pracy wożą się taksówkami.
gadżetomania
Czym są gadżety? To wszystkie te "małe zabawki dużych chłopców", które oferuje początek XXI wieku -- coraz to wymyślniejsze telefony komórkowe (z portem podczerwieni, radiem, przeglądarką internetową, wibratorem), kieszonkowe komputery, walkmany, discmany... Słowem -- wszystkie te urządzenia, które mieszczą się w kieszeni spodni czy kurtki, z których skorzystać możesz w podróży, kawiarni.
Ich głównym zadaniem jest umilać nam życie, czynić je prostszym -- zastępują więc swoje tradycyjne, papierowe odpowiedniki -- notesy, terminarze, kalendarze lub też pozwalają zabrać ze sobą to, co dotychczas było osiągalne tylko w domu czy biurze -- muzykę, serwisy informacyjne, pocztę elektroniczną, Internet. Zadaniem pobocznym jest dobrze wyglądać -- setki stylistów pracują nad tym by te małe urządzenia były nie tylko użyteczne, ale i piękne.
Źle jednak, gdy wygląd czy sama możliwość posiadania takiej "zabawki" jest jedynym powodem jej zakupu. Tak powstają źli gadżetomani. Kupują po to tylko, by posiadać, błyszczeć w towarzystwie -- najczęściej brak im nawet elementarnej wiedzy, jak z danego urządzenia skorzystać...
Czym jest zatem dobra gadżetomania? Poznaniem swoich potrzeb i możliwości -- jeśli palmtop ułatwi Ci życie -- pomoże je poukładać, uporządkować, uchroni od utonięcia w stercie karteczek i nieznanych numerów telefonów, a tym samym zaoszczędzi Ci masę czasu; jeśli muzyka w uszach podczas wędrówek po mieście umili Ci tę drogę i złagodzi Twoje obyczaje czyniąc Cię bardziej światu przyjaznym; jeśli rzeczywiście potrzebujesz dostępu do Internetu w pociągu, kawiarni czy na plaży, a cena, jaką za to wszystko zapłacisz nie pozbawi Cię środków do życia -- daj upust swoim zachciankom, poczuj się znów dzieckiem i ciesz się tymi zabawkami końca wieku!
I witaj wśród dobrych gadżetomanów -- ludzi, którzy nie zatracili dziecięcej radości i potrafią bawić się nawet wtedy, gdy ciężko pracują.
A wszystko po to, by uczynić życie prostszym. Większość z nich nie zwraca uwagi na to, jak się ubiera -- złota zasada głosi: "nieważne, co to jest -- ważne, żeby było ciepłe i wygodne". Nie trudno zgadnąć, że t-shirt i jeansy w połączeniu z tygodniowym zarostem to częsty obraz tradycyjnego geeka, lecz i tu nie brak stylowych wyjątków. Jedynym, czego niemal żaden z nich nie potrafi zaakceptować jest krawat -- uznają go za rzecz absolutnie pozbawioną sensu.
GEEK CODE
http://www.geekcode.comPonieważ większość znajomości zawierają w sieci i choć wierzą, że najważniejsze jest to, kim się jest, jakim się jest, a nie jak się wygląda -- stworzyli kod, pozwalający mniej więcej wyobrazić sobie osobę, z którą korespondują. Stworzony przez Roberta A. Haydena GeekCode pozwala określić siebie wskazując nasilenie wybranych cech przy pomocy plusów i minusów -- oficjalna ich interpretacja znajduje się na stronach Roberta. Dla przykładu:
U -- znajomość systemów *UNIX
U+++ -- administrator
U -- ma konto na jakimś unixie, potrafi się zalogować
U--- -- nienawidzi Unixówsx:y -- "kształt" osoby opisywanej, gdzie x to "nasilenie" wzrostu, y -- postury
s---:+++ -- niski, gruby
s+:- -- trochę wyższy, szczupły
s: - bardzo bardzo zwyczajnyC - komputery
C++++ -- pierwszy w kolejce po implant, gdy te się pojawią
C-- -- za każdym razem szuka, gdzie się to włącza
C---- -- nienawidzi komputerówGeekCode opisuje także sprawy tak istotne, jak:
t+++ -- StarTrek to dla niego religia
R-- -- uważa gry fabularne (RPG) za wcielenie zła
!tv -- nie ma telewizora (!)Cech opisywanych przez kod jest więcej -- dzięki niemu dowiesz się o zainteresowaniach literackich, warunkach mieszkaniowych, jak i stosunkach międzyludzkich utrzymywanych przez geeka (ostatni, bardziej pikantny, przykład: z - "Uprawiałem sex. Ah, z inną osobą? Nie, no to w takim razie nie.")
Głupotę we wszelkiej postaci tępią bez opamiętania -- poza nią wyprowadzić może je z równowagi jedynie spam, automatycznie otwierające się w nowym oknie przeglądarki reklamy i martwe linki. Nie wiedzieć czemu, nie potrafią utrzymać trwałego pokoju ze specjalistami od marketingu -- nie, żeby ich nie lubili -- po prostu nie potrafią opanować naturalnej, wydaje się, dla nich chęci uprzykrzenia marketingowcom życia.
Prawdziwy geek nie stroni od gier -- wąskiej kategorii gier: areny Quake i wszelakie MUDy to miejsca, w kórych potrafi bez opamiętania zniknąć na kilka dni, zapominając o pożywieniu, śnie czy powrocie z pracy do domu. Jak w wielu innych dziedzinach, którymi się zajmuje -- i tu osiąga perfekcję. Jest niepokonany.
Geeki są wśród nas. To im zawdzięczamy, że cały świat IT jeszcze działa, że powstają inicjatywy Open Source, a Internet wciąż rozwija się, nie będąc własnością żadnej z pożądających go korporacji. Z tego, co robią, czerpią nieprzerwaną radość i mają świadomość swojej wartości. Dlatego zarabiają coraz więcej, zrzeszają się w grupy, zakładają własne firmy -- doprowadzając do ruiny tych, którzy wejdą im w drogę. To o nich mówi Pismo: "Dostałem dziesięć talentów, oto drugie dziesięć dla Ciebie...".
Przyrównać ich można ich do czarnoksiężników -- z tą jednak różnicą że, jeśli wierzyć T. Pratchettowi, magowie nie mieli zielonego pojęcia, jak postępować z kobietami..
wannabe geek!
"A ja?" -- pomyślałeś. Też poświęcasz wolny czas Sieci, też grasz po nocach, jednak nie robisz stron www, nie piszesz zabójczych aplikacji, korzystasz tylko z Windows, mIRCa i Gadu-gadu, wszystkie dokumenty piszesz w Wordzie, a Twoich ulubionych gier nie udało się jeszcze uruchomić pod żadnym z emulatorów Windows na innych systemach.
Czujesz się geekiem, ale jednocześnie gnębi Cię świadomość, że to nie do końca to, zaś proza życia nie pozwala Ci poświęcić się na tyle, by wszystko zmienić.. Co robić?
Przede wszystkim -- nie płyń z prądem. Nie bój się rzeczy nowych, nieznanych -- zamiast podatnego na "listy miłosne" Outlooka spróbuj czegokolwiek innego. Sieć aż roi się od genialnych aplikacji pocztowych autorstwa braci ze wschodu. Jeśli nie stać Cię na najnowszy super-biurowy pakiet WinOffice 8000 -- poszperaj w dostępnych, często potężniejszych "gwieździstych" alternatywach. A skoro już decydujesz się na system Microsoftu -- postaraj się go opanować, zmusić do czegoś więcej, niż pasjans. I nie narzekaj -- sam wybrałeś, więc ponosisz konekwencje swojego wyboru.
Owszem, możesz nagle spróbować przebrnąć przez wszystkie odcinki X-Files, w przerwach zaczytując się Wiedźminem; możesz odmówić przyjmowania jakichkolwiek płynów poza Colą i kawą, zacząć jeść tylko batony -- odmawiając sobie nawet schabowego.. Możesz siedzieć przed monitorem w okularach przeciwsłonecznych "Matrix" (czy może bardziej "ZeroCool" z przedziwnej produkcji filmowej "Hackers"), mówić tylko po Klingońsku, a nocami włamywać się na serwer jakiejś małej szkoły.. Obawiam się jednak, że miast kultowego "geek" otrzymasz podobnie brzmiący przydomek "freak" (ang. dziwak) i padniesz z wycieńczenia.
Nic na siłę -- nikt nie urodził się geekiem, nikomu też wspinaczka na ten wysoki szczebel ewolucji nie przyszła łatwo. Spokój, konsekwentne dążenie do celu i duża dawka pokory z czasem przywiodą Cię na jasną stronę mocy. Nie zaszkodzi lektura grup usenetowych -- cała masa ludzi bezinteresownie oddaje światu spory kawałek swojej wiedzy, zapaleńców tworzących wszelakiego rodzaju FAQ, jak i dokumentacji samych producentów też w Sieci nie brakuje..
I pamiętaj -- to tylko komputer, urządzenie stworzone przez ludzi i dla ludzi -- poskramianie go może wyjść Ci jedynie na dobre, a doświadczenia zdobyte na tej, jakże pociągającej drodze, w najgorszym wypadku dadzą Ci masę satysfakcji. Niech moc będzie z Tobą!