Prasa, telewizja, tłumy znajomych -- wszyscy trąbią o kolejnym wirusie rozpowszechnianym w Internecie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Telefony od użytkowników urywają się -- administratorzy załamują ręce... Choć tym, z czym nie mogą sobie poradzić nie jest bynajmniej wirus. Problemem są użytkownicy.
"Na początku było słowo" -- pisze Jan w prologu swej Ewangelii. Gdy ludzie je ujarzmili, nauczyli zapisywać -- zaczęli za jego pośrednictwem przekazywać wiadomości. Przez posłańców, urzędy pocztowe, Internet...
Elektroniczna korespondencja, do której przekazu nie jest już wymagana praca pośredników pierwotnie pozwalała na przesyłanie jedynie tekstu. Z czasem przydatnym okazała się możliwość wysyłania plików dołączonych do listu -- czy to zdjęcie żony, kopię ważnego dokumentu czy niewielki program. Z tym ostatnim zalecano szczególną ostrożność ze względu na ewentualne wirusy. Aż pewnego pochmurnego dnia ktoś wpadł na pomysł, że można by w ten sam sposób wysyłać strony www...
Microsoft postanowił ułatwić użytkownikom życie i połączył przeglądarkę z programem pocztowym -- pozwolił też użytkownikowi pisać listy z wszystkimi dodatkami, które oferowało www -- wysyłać obrazki, zmieniać wielkość i krój liter, dodać kolory. Poczta elektroniczna tych, których takie możliwości skusiły, ożyła, zaczęła przypominać papeterię -- jednak Bogowie Internetu pomysł jednogłośnie odrzucili.
Aż pewnego dnia sprytny młody człowiek zauważył, że ów program pocztowy poza wyświetlaniem kolorowych obrazków potrafi wykonywać przeróżne skrypty, które w normalnych warunkach (gdy strona znajdowała się na serwerze) były nieszkodliwe. I tu sprawa się skomplikowała -- uruchamianie czegokolwiek bez wiedzy użytkownika okazało się poważną dziurą w bezpieczeństwie komputera. Pojawił się wirus "I LOVE YOU" -- media w ciągu jednej doby z błędu programistów Microsoft uczyniły zagrożenie globalne, twierdząc, iż nikt nie jest bezpieczny.
Microsoft dziurę miał załatać i sprawa ucichła... Do czasu, gdy kolejny młody człowiek znalazł sposób, by ów program pocztowy (Outlook) zafundował swoim właścicielom jeszcze jedną niespodziankę. Bez pytania, po otwarciu wiadomości uruchamiał dołączonego do niej wirusa, który (za tego samego programu pośrednictwem) "wysyłał się" wszystkim, do których adresy w programie znalazł.
Problem nie tkwi więc w podatności samej poczty elektronicznej na wirusy -- prawdę powiedziawszy bardziej podatna jest kartka papieru przenosząca przecież miliardy drobnoustrojów! "Dziurawy" jest jeden jedyny produkt firmy Microsoft, która w szale upiększania oprogramowania po raz kolejny zapomniała o jego walorach praktycznych...