chlip.pl
zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
Przeglądasz teksty w kategorii: konfabulacje
« verte


Skrzypek
konfabulacja, 22 maja 2003 r.

Miał w życiu dwie miłości.

Poznali się na akademii, razem grali, razem przeżywali pierwsze zachwyty, upojenia -- światem, muzyką, sobą; pierwszą wielką miłość -- tę jedyną. Ślub, wspólny dom, choć tylko od czasu do czasu. Koncerty, trasy. Szczęście. Oboje robili to, co kochali, u boku tego, które kochali. Niebo.

Była dla niego wszystkim. Nie, w hierarchii wartości nie stawiał jej ponad żoną -- była w przedziwny sposób jej dopełnieniem. Oddając się jej mógł pełniej kochać swoją wybrankę. Zresztą -- oddawali się oboje. Wspólne koncerty były afirmacją ich miłości, cudownym spełnieniem.

Tego wieczoru stracił obie.

Rocznica ślubu, rocznica dyplomów. To było jak sen. Ośmielona drogim winem postanowiła mu powiedzieć -- miłość przebacza, myślała. Słuchał, niedowierzając. W pewnym momencie nie wytrzymał, targnięty falą rozpaczy..

Zareagowało ciało, jego najmroczniejsze instynkty.

Gdyby bliżej było do miejsca, w którym leżały skrzypce, gdyby to ich chwycił się w chwili słabości -- pewnie zagrałby najrzewniej, najprawdziwiej; jak nigdy. Ona dołączyłaby, we łzach, i graliby całą noc, pięknym happy-endem na nowo rozpalając uczucie. Gdyby.

Świętowali na dachu. On poderwał się, zachwiał.. i nie chwycił niczego.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

Góra
konfabulacja, 15 maja 2003 r.

Stała tam zawsze, z początku obojętna wobec tego, co się na niej wyprawiało. Ludzie przychodzili, trwali, odchodzili. Czasem dobrowolnie, czasem pod naciskiem idei. Bo, choć nie miała tego świadomości, była wyjątkowa.

Była górą kultyczną.

Od zarania dziejów to właśnie na niej składano hołd wszystkiemu, czego się bano, od czego oczekiwano, się spodziewano; co błagane, zaklinane czy wreszcie przekupywane -- zapewnić miało lepszy byt. Ten teraźniejszy, czasem tylko przyszły.

I tak się działo, choć nie od razu, etapami. Z perspektywy Góry taniec wyglądał jednak zawsze tak samo.

Na początku była sytość Kapłanów, którzy zaspokojeni cieleśnie -- zapewniali wiernym strawę duchową. Dawali nadzieję, w niej podtrzymywali, nadawali sens codzienności.

Po kapłanach przychodził czas na ich przeciwników. Najpierw palonych (potrzeba bowiem najmniej kilku ofiar, by nowa idea nabrała sił), krok dalej zrzeszonych, wreszcie -- pomszczonych.

Potem tradycyjna zmiana władzy, kroju szat, preferowanych potraw, kultycznych ozdób i budowli.

Prochy wrogów urzyźniały Górę, zawsze w te same cztery strony świata. Od czcicieli mamutów, przez Celtów, mnichów Iro-szkockich, aż po cały tłum reformatorów -- do znudzenia ta sama historia; do znudzenia ten sam popiół.

Urozmaiceniem były budowle -- te, gdy zmieniał się gospodarz, karmiły Górę coraz to nowym surowcem. Od bezwładnie usypanych kamieni, skorup lepianek, przez dolmickie kręgi, coraz bardziej finezyjne kościoły, na szczątkach wspaniałych meczetów, uginających się jedynie przed potęgą wojen, skończywszy.

A Ona trwała, jak to Góra. Z religii na religię piękniejsza, bardziej historyczna.

Świat ludzi ewoluował, a od ostatniej wojny, w której siłą rzeczy uczestniczyła, upłynęło sporo czasu. I, wstyd przyznać, zaczynało jej brakować tego szczególnego tańca. Wyglądało na to, że ludzie nagle przestali się zabijać o idee, ni stąd, ni zowąd zmądrzeli.

Wykopaliska rozpoczęto dwa dni temu. Najprawdopodobniej jakiś bogaty religioznawca powiązał wreszcie koniec z końcem i ufając, że to tu znajdzie Graala, zainwestował kupę pieniędzy. Mogło być i tak, że to jeden z uniwersytetów, w morzu mało odkrywczych prac natrafił na Nią, zapomnianą przez wieki, zdobył fundusze, zainteresował media i właśnie rozpoczynał swoje archeologiczne pięć minut.

Gdyby tak jednak było -- historia zatrzymałaby się, skarby wieków rozwiezionoby po muzeach, a ją samą otoczono wysokim płotem i dopuszczano doń nielicznych, którzy, choć z nabożną czcią, grzebali by się w ziemi, pozostawiając idee samym sobie.

Los jednak był dla niej łaskawy. Miast religiologa -- trafiła na Wyznawcę. Takiego z prawdziwego zdarzenia, z tym samym ogniem w oczach, jaki pamiętała u Celtów.

Wiedziała, że z jego pojawieniem się odżyje raz jeszcze ten pradawny taniec, że znów będzie na co popatrzeć.

Trzeciego dnia postawiono tablicę, a napis, w trzech językach, głosił: "EU Vegas. Bo Europę też stać na rozrywkę".

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

Kompozytor
konfabulacja, 8 maja 2003 r.

W jego muzyce mieszkał Bóg -- mawiali. Nawet najwięksi sceptycy dostrzegali, że z jego partytur raz po raz wyłaniał się inny, lepszy świat. Agnostycy, walczący ateiści, cynicy, niedowiarki -- jednogłośnie przyznawali, że jest w niej to Coś więcej.

ON: Skromny, wraca po koncercie do domu swoim skromnym samochodem, w skromnym garniturze, skromnie skrojonym na jego skromną miarę.

Coś, co każe być lepszym, co otwiera drzwi dla nieprawdopodobnego piękna, wobec którego nie można pozostać obojętnym. Jego muzyka w jakimś stopniu zmieniała każdego, kto się z nią zetknął. Uświęcała.

ON: Pokornym kluczem otwiera pokornie drzwi do swego pełnego pokory przedpokoju.

Otrzymywał tysiące listów, proponowano mu niebotyczne sumy za napisanie kolejnego requiem, choćby tylko jednej jego części. Raz do roku przyjmował zlecenie, większość pieniędzy przeznaczał na zbożne cele, zostawiając sobie tylko tyle, ile niezbędnie do przeżycia potrzebował.

ON: Zamyka drzwi, przechodzi przez przedpokój. Zsuwa rolety, upewnia się, że nikt nie będzie go widział. Wie dobrze, że to, co się za chwilę wydarzy jest ponad możliwości percepcji tych, którzy przypadkiem spojrzeliby w tę stronę.

W takich chwilach świat wstrzymuje oddech. Tego wieczoru zapowiedział premierę Dzieła Dzieł, potężnej formy, którą pisał od lat, a którą dziś wieczór planuje ukończyć. "Jeszcze tylko kilka nut" -- śmiał się na konferencji prasowej.

ON: W środku pokoju stawia stolik, na nim patefon. W bardzo przypadkowych miejscach ustawia świece. Świece są ważne, mawiał jego ojciec.

Podejrzewali go o to od samego początku -- zawsze znajdzie się kilku takich, co to wszędzie widzą diabła. Że szarlatan, że przyzywa demony, że składa ofiary z dziewic. Puszczali jego utwory wspak, wolniej, szybciej, co trzecią nutę, co siódme słowo. I nic. Absolutnie nic nie znaleźli. Co więcej -- muzyka broniła się odsłuchiwana w obie strony.

ON: Zaczyna kręcić korbą, tarcza skrzypiąc obraca się, a on, mamrocząc pod nosem "jeszcze te kilka nutek, ten ostatni raz, proszę..", leje wosk.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

Od dziecka chciał być artystą. Jakimkolwiek. I nie chodziło mu o sławę, za nic miał pieniądze -- pożerała go gorliwość o Sztukę. Taką z prawdziwego zdarzenia, sięgającą innej rzeczywistości, wyzwalającą, przebóstwiającą szary, brudny świat za oknem. Chciał uczestniczyć w ustawicznym sprowadzaniu Sacrum na ziemię.

Okazało się jednak, że jego szanse są raczej mizerne. Dwie lewe ręce, słuch muzyczny zerowego stopnia, za grosz jakichkolwiek zdolności ledwie nawet humanizujących. Nie, żeby był głupi -- nauki matematyczno-przyrodnicze nie sprawiały mu najmniejszych problemów, nie przynosiły jednak za grosz satysfakcji.

By żyć w zgodzie z sobą -- wybrał jedyne, co mu się jeszcze z transcendencją kojarzyło -- Boga. Uwierzył prawdziwie, niemal bez przeszkód ukończył seminarium. Wyświęcono go i posłano na placówkę do Miasta. Zrealizował się jako duszpasterz, dużo czytał, rozmyślał; przywiódł do owczarni Pana tysiące zagubionych owieczek.

I tylko czasem, wieczorami, gdy wracał odmieniony z opery, teatru budziła się w nim tęsknota, by jakoś Sztuce w jej przybieraniu materialnej postaci dopomóc. Owszem, organizował w parafii życie towarzyskie, wspomagał działania na arenie miasta, diecezji. Ale wciąż czuł niedosyt. Był tylko pionkiem, jego wkład w obwieszczanie Piękna zależny był od tych, którzy trzymali trzos.

Aż znalazł sposób.

Dogadał się z potężną podmiejską winiarnią -- podzielili zyski po połowie. Nareszcie to w jego ręku leżały klucze do lepszego świata. Uczynił z Miasta prawdziwe centrum kulturalne -- każdego tygodnia przyjeżdżał ktoś wielki, dawał koncert, wystawiał spektakl; zaroiło się od galerii sztuki, ulicznych happeningów, odczytów poezji. A on spotykał się z ludźmi, dzielił ich radość, zachwyt, nierzadko łzy szczęścia.

Że go suspendowali? A cóż innego mogli uczynić po telefonie, który spełnił jego marzenia i uczynił go tym, czym był dziś?

- Szczęść Boże, prezes Dionizy Gronostaj. Jest tu pewien ksiądz, który chwilę pomamrotał, zamachał rękami i twierdzi, że konsekrował zawartość naszych piwnic. Podejrzewam, że chętnie odkupicie od nas to.. wino?

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

verte »
« verte