-- Wszystko, absolutnie wszystko, jest względne (tu czknął niezgrabnie, choć, trzeba przyznać, z fasonem) tylko Bóg (pokorne czknięcie) jest absolutny, a i to dla siebie samego, więc to zaledwie wyjątek potwierdzający regułę. No dobra, (jeszcze pokorniejsze czknięcie) całkiem spory wyjątek.
Nie, nie urodził się taki. W młodości wierzył w Złych i Dobrych, wiedział kogo potępiać a z kim się zgadać, których książek nie czytać, wreszcie jakich myśli się wystrzegać. Wystarczała mu odpowiedź "bo tak" -- autorytetów nie brakowało. Z czasem jednak stoczył się, zatracił zbawienną dyscyplinę, zaczął szukać.
-- Z drugiej strony, biorąc pod uwagę jego.. rozmiar -- to my jesteśmy wyjątkiem potwierdzającym regułę (czknięcie, jakby na siłę) więc wszystko, absolutnie wszystko jest absolutne, tylko nasz świat to wyjątek i w nim wszystko, absolutnie wszystko jest..
Gdy zszedł z drogi Prawych -- nagle niemożliwym wydało mu się, że jest tylko jedna prawda. Właściwie był jeszcze skłonny w nią uwierzyć, pod warunkiem, że nie mieli jej Prawi. I im bardziej zbliżał się do tego, czym kiedyś bez zająknięcia pogardzał -- tym pięknięjszy wydawał mu się świat, tym ciekawsi ludzie. Tyle możliwości, punktów widzenia, tyle prawd..
-- ..względne.
Rozejrzał się. Wspomnienie baru, w którym po raz kolejny próbował udowodnić sobie, że alkohol na niego nie działa, rozmyło się. Przypomniał sobie okno i tę zabawną myśl, że relatywnie rzecz ujmując to ono zbliża się do niego; a potem niemal podręcznikowy lot z kawałkami szkła, które choć nieporównywalnie mniejsze -- jednak dotrzymały mu kroku..
-- Tak więc Dobro i Zło ma się nijak do dobra i zła (naturalnym wydało mu się, że potrafi wypowiadać wyrazy zarówno z dużej, jak i z małej litery), a prawda.. wszystkie prawdy są tylko.. refleksami tej Jedynej, stąd tak często zupełnie się wykluczają. Cokolwiek wybieramy -- liczy się intencja, obiektywna ocena nie istnieje.
A teraz to miejsce. Wytrzeźwiał zupełnie, wiedział, że mówi do siebie. Był prawie pewien, że jest już po drugiej stronie; że jest, jak na ironię, relatywnie martwy. Zebrał się na odwagę, podszedł do stolika.
Kartka "Sąd Ostateczny" i.. szklanka.
-- Jest w połowie.. pełna?
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
Zabłądził. Powoli docierała do niego ta przykra świadomość, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest, a tym bardziej, w którą stronę powinien iść. Las był zwyczajnie za duży, a pomysł nocnej przechadzki, tak ekscytujący w teorii -- w praktyce doprowadził go do równie niechcianej fali rozpaczy.
Musiały się dostosować. Ponad tysiąc lat tradycji, wygodnej rutyny -- zakończone smutnym doświadczeniem ostatniego dziesięciolecia -- jeśli nie zmienią swoich metod, niechybnie umrą z głodu.
Samochód zostawił przy drodze; wiedział, że jeśli tylko ją znajdzie.. Bał się położyć. Wizja setek leśnych stworzeń, które z pewnością oblezą go, gdy zaśnie (o ile w ogóle uda mu się zasnąć) całkiem skutecznie utrzymywała go na nogach. Mijała już trzecia godzina błądzenia -- cena za piętnastominutowy spacer.
Od dawna już nikt się nimi nie interesował; wypadły z obiegu legend, nie opowiadano o nich przy ogniskach. To był dobry czas -- ich Czas Uczty, dokładnie, jak przepowiedziano. Nikt bowiem nie obawia się czegoś, o czego istnieniu nie wie, a jeśli nawet przypadkiem słyszał -- w co, z całą pewnością, nie wierzy. Ludzie stali się nieostrożni, stali się łatwym łupem.
Przed czwartą nad ranem, bardziej słaniając się, niż idąc, usłyszał warkot maszyn. Ku własnemu zdziwieniu potrafił określić kierunek, z którego dochodziły doń zbawienne dźwięki -- dotychczas las (czy może bardziej zmęczenie) płatał mu akustyczne figle, przez moment nawet racząc go śpiewem, krążącym gdzieś w koronach drzew.
Przepowiedziano jednak, że gdy Czas Uczty się skończy -- przyjdzie Dzień Zmian. Wiedziały, że nadejdzie i choć niechętne -- były przygotowane. I gdy stało się jasne, że nocą przez las nikt już piechotą nie chodzi; gdy oczywistym było, że nawet biedniejszych stać na Malucha czy Starego Opla -- otwarto Księgę i wprowadzono Zmiany.
Przedarł się przez kolejną zaporę chaszczy i.. osłupiał.
I tak oto Strzygi i Utopce, zorganizowane w brygady, w pomarańczowych kamizelkach, kładą asfalt. Nitkę świeżutkiego asfaltu prowadzącego, po łagodnym łuku, wprost do jeziora..
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
Właściwie mogłaby być z dowolnym mężczyzną -- niezależnie od jakości owego wybrańca to ona stanowiłaby o idealnym małżeństwie. Szczupła, zielonooka piękność o anielskiej wrażliwości i diabelskim intelekcie.
Agata była jedną z nich.
Na każde pokolenie przypada ich kilku, w okresach przesilenia -- kilkunastu. Skaczący gen, prezent od Stwórcy dla świata -- cierpliwie ofiarowywana ludziom szansa na polepszenie ich bytowania, darmowe rozwiązanie nutrujących ludzkość problemów.
Istoty z absolutnego pogranicza pojęcia "człowiek".
Mądrzy, piękni, dobrzy. Wcielony obraz innego, lepszego świata; obraz tak autentyczny, tak porywający.. Jak cudowny motyl, samą obecnością zwiastujący radość, objawiający pełnię. Nazywani świętymi, oświeconymi, geniuszami -- często niezauważani, sami usuwający się w cień swoich dzieł. Oni to dali ludziom ogień, malarstwo, muzykę; oni napisali najwartościowsze książki, objawili najprostsze prawdy.
Agata minęła się jednak z powołaniem, dosłownie. A ono, potrącając Agatę, dorzuciło jeszcze coś od siebie. Gratis.
Siedzi więc na krześle, uśmiechając się niewidzącymi oczami do słońca. Jej umysł wiruje, znajduje rozwiązania problemów głodu, braku miłości, głupoty; i mimo, iż kocha ludzkość całym swoim über-jestestwem -- jest bezradna.
Bo widzisz, ciężko zmieniać świat, gdy jedyny z nim punkt styczny to chusteczka pielęgniarki wycierającej niepokorną stróżkę śliny katatonika.
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
Znali go chyba wszyscy. Jaki był, co robił, o czym marzył. Media zafundowały mu darmowy, retrospektywny reality-show -- a wszystko to dzięki wypadkowi, śpiączce i wpływowym rodzicom.
Ojciec zatrudnił najlepszych dziennikarzy, z tych, co to wyciskają łzy o byle kociaka, by stworzyć korzystny image swego śniącego dziecka i.. inwestycja się opłaciła.
W dniu wypadku miał więc 24 lata, kochającą dziewczynę, plany, szanse na świetlaną przyszłość. Nie chciał pieniędzy od rodziców, do wszystkiego dochodził sam -- pomysłowością, uczciwością i rzetelną pracą. Anegdotkami z jego barwnego życia raczyli media jego profesorowie, przyjaciele, rodzina. Inteligentny, dowcipny, czuły.. idealny.
Cały kraj trzymał kciuki. Po dwóch latach rozkręcania tej przedziwnej koniunktury Chłopiec uśmiechał się z billboardów, w jego intencji sprawowano nabożeństwa, przesyłano kolekty. Był usprawiedliwieniem dla wszystkich -- globalną jałmużną, dzięki której zasypiali spokojnie, w poczuciu swej dobroduszności i troski o losy innych.
I może dlatego nikt nie liczył, ile pieniędzy trafiło już na leczenie, odkąd pierwsze wzmianki na jego temat pojawiły się w prasie; nikt nie sprawdzał, czy opisywani Lekarze, Znachorzy, Guru czy Cudotwórcy kiedykolwiek wylądowali w Mieście -- bardziej niż potrzebującym chorym -- był bowiem symbolem, ikoną.
A z drugiej strony...
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, skoro Chłopiec, owa złotonośna kura, nigdy nie zapadł w śpiączkę, bo zginął na miejscu w spowodowanym po pijaku wypadku?
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/