Mgła. A może chmury? Tak, zdecydowanie chmury. Rozsuwają się majestatycznie, czującemu powoli klimat widzowi ukazując polanę. Na niebieskiej trawie, w sielankowej, acz podniosłej atmosferze istoty idealne; głos z off-u, milknąc: "..oczekujące swojego przydziału wcieleń".
Z niemałym hukiem ląduje potężne hebanowe biurko, chwilę później, elegancko -- skórzany fotel. Wreszcie, lekko, choć majestatycznie -- Anioł. Blond loki spięte w sięgający pasa warkocz, doskonale skrojony szary uniform, stopy bose.
Odjazd kamery, idealni ustawiają się w kolejce, milkną rozmowy; z off-u znajomy głos tłumaczy, że Niebo pozwala spróbować raz jeszcze. Oczywiście bez pamięci przeszłości, zupełnie od zera, w dowolnie wybranym czasie, miejscu, płci i zdolnościach.
By nie zanudzić widza -- odjazd na obrzeża polany, gdzie dwie świetliste istoty prowadzą leniwą pogawędkę. Jedna okazuje się być dotychczasowym narratorem.
-- Widzisz, ja to rozumiem. Tam mieliśmy sny. Mogłeś stać się kimś innym, postępować wbrew zasadom, zaznać jakiejś alternatywy. A jednocześnie nie miałeś wpływu na to gdzie, ani kim jesteś. A potem budziłeś się -- odmieniony, ale z czystym kontem.
-- No a męczennicy, zbrodniarze.. a Matka Teresa?
-- Oh, spróbuj zrozumieć. ON jest niezmienny, ale i nieskończony. Jest wszystkimi wierzeniami, jednocześnie będąc ich zaprzeczeniem. To, że oddali za Niego życie, że wierzyli, kochali czy wręcz przeciwnie -- mordowali, negowali, zdradzali -- nic nie zmienia. Owszem -- jest piękne, ale jest ważne dla nich: to ich ubogaca, im pomaga zrozumieć, czuć na nowe sposoby -- gdy tu wrócą. Są dzięki temu pełniejsi, doskonalsi.
-- To dlaczego Ty tu siedzisz?
-- Hmm.. Mówią Ci coś imiona: Adam, Mojżesz, Budda, Sokrates, Platon, Mahomet, Je..
Cięcie.
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
Był wcieleniem rzetelnego osądu. Fakt, nie było dla niego świętości -- odnajdywał dziurę w każdej całości, ale.. miał rację. Był więc, siłą rzeczy, najlepszym dostępnym na rynku krytykiem. Potrafił sprowadzić na ziemię każdy cud, obdarzyć chłodnym spojrzeniem dzieła, nad którymi inni piali z zachwytu. Profesjonalista Absolutny. Zimny, cyniczny, ale niepodważalnie prawdziwy.
Z jego szczególnych usług korzystali zarówno spraw zaciekli wrogowie, jak i serdeczni przyjaciele -- pierwsi z zawiści, drudzy szukając sposobu na dzieł polepszenie, udoskonalenie. Jego obiektywizm był tak powszechnie znany, a dzięki swej nieskazitelności tak szanowany, że w sprawach życia publicznego to jemu pozostawiano ostatnie zdanie.
Nie brakowało mu polotu -- najbardziej zajadłą krytykę nawet jej bezpośredni adresat przyjmował z, fakt -- gorzkim, uśmiechem. Nietuzinkowość myśli, błyskotliwość, przekora i jemu tylko właściwy pazur wychodzące spod krytycznego pióra po prostu urzekały. Drugie, trzecie, czwarte dno w, przysiągłbyś, peanach na cześć produkcji klasy "żet" -- sprawiały, że naród oczekiwał kolejnej sromotnej porażki, pod warunkiem, że dowiedzieć mógł się o niej od niego.
Aż los spłatał mu figla.
Wpadł w zachwyt. On, uosobienie zimnej logiki, porwany został do nieba nieb; ujrzał, czego oko nie widziało ani ucho nie słyszało; zetknął się z formą, z treścią, w których nawet nie próbował szukać braków -- pokornie oddając się w ich władanie.
Postanowił to opisać; oddać, jak nigdy dotąd. Zaprzęgł cały swój potencjał, w każdym słowie pozostawiając kawałek siebie; porwał się z motyką na słońce -- spróbował nazwać nienazywalne.
Przyzwyczajeni, czytali już tylko między wierszami -- a tak dalece zadrwić sobie z Boga nie było wolno nawet jemu.
Spłonął szczęśliwy.
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
- A baczyłżeś Joba, sługę mego?
Powiadali: "w czepku urodzony". Kochający rodzice, rodzeństwo (wszak jedynaki są rozpieszczane -- nawet tego mu oszczędzono), dobre szkoły, grono serdecznych przyjaciół.
Wyróżniający go intelekt, pociągająca aparycja, serdeczność, figlarność -- mógł mieć niemal każdą kobietę. W życiu nie bał się zaryzykować, miał nosa do interesów, w trzy lata siedmiokrotnie pomnożył rodzinny majątek.
Mimo łatwego startu nabawił się kręgosłupa moralnego -- ukochana, bliźniaki, żadnych skoków w bok, niemal żadnych używek, czasem tylko szklaneczka dobrego alkoholu, cygaro. W wieku trzydziestu trzech lat wyglądał na dwadzieścia pięć -- zdawało się, że dopiero zaczyna, choć miał już wszystko.
Był szczęśliwy i co dzień dziękował za to, co otrzymał. Wspierał działania charytatywne, miał czas dla każdego, kto go potrzebował.
- Aza się Job darmo Boga boi?
Zaczęło się niewinnie -- zdechł ich pies, piękne bydle, okaz zdrowia, ulubieniec dzieci. Dwa dni później żona poślizgnęła się i złamała rękę. Rutynowe badanie wykazało raka.
Przyjął to z pokorą -- "Bóg dał, Bóg wziął" powtarzał na przekór światu. Nie walczył, nie miotał się. Na pogrzebie chwalił Go za to, że mógł ją spotkać, że przeżyli razem piękny czas.
Pogodził się ze wszystkim: stracił fortunę na odwyk córki, syn zniknął z pozostałymi pieniędzmi. Codziennie rano walczył z sobą -- przekonywał, że przyjmował dobro, więc dlaczego miałby nie wziąć i zła; jak mantrę powtarzał "nagom wyszedł z żywota mej matki..".
Po latach, na granicy ubóstwa, zapomniany przez przyjaciół, znów uśmiechnął się, tak prawdziwie. Odzyskał spokój, musiał się już tylko uporać ze Snem.
Co noc, niezmiennie, ta sama historia: nie mająca końca równina, spękana ziemia, nie wróżące niczego dobrego słońce, a nad tym wszystkim świetlisty Tron i Głos, niby trąby grzmiącej, który budzi go co rano.
- Zaprawdę, zaprawdę, powiedziałem "a bliźniego swego jak siebie samego" -- a ty mi wyglądasz, kochanieńki, na takiego, co to siebie wcale nie lubił.. przykro mi.
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/
Zawsze on.
Nieistotne -- kobieta, mężczyzna, dziecko, staruszka. Ma w sobie coś takiego, że z nas dwóch zauważają jego. Zawsze. Wiem, to nie jego wina.. Ba, trudno tu nawet mówić o jakiejś winie -- dzięki temu jego parszywemu urokowi już nie raz udało się wyjść z opresji, ale..
Ale czasem chciałbym, żebym to był ja; żebym był tym, na którego zwrócą uwagę najpierw. Ot, detal. Owszem, jesteśmy przyjaciółmi, życie bym za niego oddał, ale.. to jest silniejsze ode mnie -- dlaczego, do cholery, zawsze on?
To już trzeci rok. Po parę dni, czasem tygodni, w jednym miejscu i dalej, w świat. Podróż życia. Dopływ gotówki zawdzięczamy reportażom -- hulackie życie sprzyja wyławianiu ciekawych historii, zapewnia malowniczość fotografii, a ludzie to kupują.
Płacą, bo jesteśmy tym, czym oni nie mieli nigdy odwagi nawet spróbować. Za brak odpowiedzialności, za spontaniczność, rozrzutność; czasem za parę siniaków. Jesteśmy ich alter-ego; ucieleśnieniem zaprzepaszczonej wolności. Oni mają materializację marzeń -- my za co naszych marzeń szukać. Idylla.
I gdyby tylko nie to jego "pierwszeństwo". No bo, biorąc rzecz zdroworozsądkowo, to ja piszę, ja robię zdjęcia.. Fakt, on zapewnia koloryt, czyni z nas niespotykany dotąd zespół.. ale to chyba odrobinę za mało?
Jeden, jedyny raz usłyszeć, nawet trywialne, "Napijesz się?" albo "Można się dosiąść?". Tylko tyle.
A nie, do znudzenia: "Piękny kot, twój?"
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/