To jedno nie ulegało kwestii. Był prorokiem -- czy tego chciał, czy nie. Widział rzeczy, o których inni nawet nie śnili (tak rzadko śni się o sprawach zwyczajnych), jego umysł wędrował niejako przed nim. Owszem, w równie szarej rzeczywistości, co umysły bliźnich, ale zawsze te kilka kroków z przodu.
I podobnie, jak ci Prorocy z dużego "P" -- miał z tym poważny problem. Nie, żeby ktoś go prześladował -- ba, nikt nawet nie próbował piętnować tej jego szczególności, i, co ciekawe, nikt też nie próbował jej wykorzystać.
Może to dlatego, że nie miał nad nią kontroli? A może, prozaicznie, że był, nomen omen, prorokiem prozaicznym?
Nigdy nie przewidział żadnego zakładu czy loterii, nie potrafił odgadywać kart, nie miał pojęcia o giełdzie. Los oszczędził mu wizji apokaliptycznych, pozbawił też, na jego nieszczęście, wizji rozeznania -- miał poważne problemy z rozróżnieniem teraźniejszości od przyszłości, a co gorsza -- nie widział różnicy między przyszłością prawdopodobną a nieuchronną.
I tak -- proroczy instynkt podszeptywał bójkę -- bił więc pierwszy; zawsze pierwszy, często stając się jedyną chryi przyczyną. Aprioryczna wiedza mówiła o potężnym kacu, więc pił, wiedząc, że z proroctwem nie ma szans wygrać, a w osnowę rzeczywistości interweniować mu nie wolno. Bo, choć był prostym człowiekiem, czuł, że kac bez przyczyny mógłby poważnie zachwiać Odwiecznym Porządkiem.
Jan wyśnił smoka, Faraon krowy, a on mógł liczyć co najwyżej na kurę, do tego strasznie chudą. Nadto chwilę później budziło go dziobanie, a nim pokojarzył fakty -- wyśnione ptaszydło zżerało mu sznurówki.
I tak dalej, i tak dalej.. aż po grób.
Zginął męczeńsko. Wróć. W mękach. Prozaicznie, przez bardzo prozaiczne proroctwo, którego nie rozpoznał. Jego wieszcze receptory odebrały pośpieszny do Zielonej Góry, więc wsiadł -- zachodząc w martwą już wtedy głowę, dlaczego w środku zimy pociąg przyjechał na czas.
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/