Zawsze on.
Nieistotne -- kobieta, mężczyzna, dziecko, staruszka. Ma w sobie coś takiego, że z nas dwóch zauważają jego. Zawsze. Wiem, to nie jego wina.. Ba, trudno tu nawet mówić o jakiejś winie -- dzięki temu jego parszywemu urokowi już nie raz udało się wyjść z opresji, ale..
Ale czasem chciałbym, żebym to był ja; żebym był tym, na którego zwrócą uwagę najpierw. Ot, detal. Owszem, jesteśmy przyjaciółmi, życie bym za niego oddał, ale.. to jest silniejsze ode mnie -- dlaczego, do cholery, zawsze on?
To już trzeci rok. Po parę dni, czasem tygodni, w jednym miejscu i dalej, w świat. Podróż życia. Dopływ gotówki zawdzięczamy reportażom -- hulackie życie sprzyja wyławianiu ciekawych historii, zapewnia malowniczość fotografii, a ludzie to kupują.
Płacą, bo jesteśmy tym, czym oni nie mieli nigdy odwagi nawet spróbować. Za brak odpowiedzialności, za spontaniczność, rozrzutność; czasem za parę siniaków. Jesteśmy ich alter-ego; ucieleśnieniem zaprzepaszczonej wolności. Oni mają materializację marzeń -- my za co naszych marzeń szukać. Idylla.
I gdyby tylko nie to jego "pierwszeństwo". No bo, biorąc rzecz zdroworozsądkowo, to ja piszę, ja robię zdjęcia.. Fakt, on zapewnia koloryt, czyni z nas niespotykany dotąd zespół.. ale to chyba odrobinę za mało?
Jeden, jedyny raz usłyszeć, nawet trywialne, "Napijesz się?" albo "Można się dosiąść?". Tylko tyle.
A nie, do znudzenia: "Piękny kot, twój?"
/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/