chlip.pl
zapiski
konfabulacje
fiszki
felietony
recenzje
fotografie
o..
kontakt
szukaj:

piotr.chlipalski
© 1996 - 2010
Przeglądasz teksty w kategorii: konfabulacje
verte »
« verte


Job
konfabulacja, 5 czerwca 2003 r.

- A baczyłżeś Joba, sługę mego?

Powiadali: "w czepku urodzony". Kochający rodzice, rodzeństwo (wszak jedynaki są rozpieszczane -- nawet tego mu oszczędzono), dobre szkoły, grono serdecznych przyjaciół.

Wyróżniający go intelekt, pociągająca aparycja, serdeczność, figlarność -- mógł mieć niemal każdą kobietę. W życiu nie bał się zaryzykować, miał nosa do interesów, w trzy lata siedmiokrotnie pomnożył rodzinny majątek.

Mimo łatwego startu nabawił się kręgosłupa moralnego -- ukochana, bliźniaki, żadnych skoków w bok, niemal żadnych używek, czasem tylko szklaneczka dobrego alkoholu, cygaro. W wieku trzydziestu trzech lat wyglądał na dwadzieścia pięć -- zdawało się, że dopiero zaczyna, choć miał już wszystko.

Był szczęśliwy i co dzień dziękował za to, co otrzymał. Wspierał działania charytatywne, miał czas dla każdego, kto go potrzebował.

- Aza się Job darmo Boga boi?

Zaczęło się niewinnie -- zdechł ich pies, piękne bydle, okaz zdrowia, ulubieniec dzieci. Dwa dni później żona poślizgnęła się i złamała rękę. Rutynowe badanie wykazało raka.

Przyjął to z pokorą -- "Bóg dał, Bóg wziął" powtarzał na przekór światu. Nie walczył, nie miotał się. Na pogrzebie chwalił Go za to, że mógł ją spotkać, że przeżyli razem piękny czas.

Pogodził się ze wszystkim: stracił fortunę na odwyk córki, syn zniknął z pozostałymi pieniędzmi. Codziennie rano walczył z sobą -- przekonywał, że przyjmował dobro, więc dlaczego miałby nie wziąć i zła; jak mantrę powtarzał "nagom wyszedł z żywota mej matki..".

Po latach, na granicy ubóstwa, zapomniany przez przyjaciół, znów uśmiechnął się, tak prawdziwie. Odzyskał spokój, musiał się już tylko uporać ze Snem.

Co noc, niezmiennie, ta sama historia: nie mająca końca równina, spękana ziemia, nie wróżące niczego dobrego słońce, a nad tym wszystkim świetlisty Tron i Głos, niby trąby grzmiącej, który budzi go co rano.

- Zaprawdę, zaprawdę, powiedziałem "a bliźniego swego jak siebie samego" -- a ty mi wyglądasz, kochanieńki, na takiego, co to siebie wcale nie lubił.. przykro mi.

/z serii: Konfabulacje Czwartkowe
dla pinakoteka.com/

verte »
« verte