uczestniczyliśmy dziś w (dramatycznie cedzę, daj Bóg -- adekwatne, słowa) zdarzeniu, jak się utarło, kulturalnym. i tak: publika pod krawatami, po wszystkim owacja na stojąco, kwiaty, tłum domaga się bisu. i zastanawia mnie tylko, dlaczego cztery osoby nie wstały, nie klaskały? dlaczego wyszły zdegustowane, zawiedzione?
może, bo niewystarczającym powodem do obsadzania kogoś w roli Jezusa jest fakt, że ma długie włosy? z drugiej jednak strony -- ze świecą szukać wokalisty rockowego, który śpiewa do wewnątrz, skutkiem czego nie wydaje niemal żadnych dźwięków -- jakby zastraszony, filigranowy.
a może dlatego, że od spektaklu, przypadkiem ocierającego się o sacrum, wymaga się odrobiny prawdy? że zimne, obiektywnie, czy może wręcz obojętnie wytańczone układy choreograficzne; że beznamiętnie śpiewane songi, że (zostawiając już sacrum w spokoju) nie do końca chyba pożądany bałagan na scenie, grająca do tyłu, a w najlepszym wypadku do metronomu, orkiestra..
i pewnie po trochę dlatego, że brać się za rzecz znaną, porywać na wymagającą ognia i pasji rock-operę, jednocześnie nie próbując z siebie wykrzesać (choćby dla świętej przyzwoitości) nic nad "a jak będziesz śpiewał w Ogrójcu to podnieś czasem rękę, taka dramaturgia, rozumiesz? ah, i kochany, spróbuj wtedy troszkę głośniej, wiesz.. te mikroporty nie czytają w myślach.." to wątpliwa recepta na sukces?
Jesus Christ Superstar w wykonaniu Teatru Rozrywki w Chorzowie. żenu..
a może to my? grając emocjami; wierząc, że na scenie liczy się Prawda, która albo jest, albo możemy sobie iść do domu; szukając, walcząc dla każdego widza.. przesunęliśmy sobie granice tego, czego oczekujemy od sztuki, tak bardzo daleko?
bo przecież wszystkim pozostałym podobało się; przecież klaskali, ba! poderwali się z krzeseł.. przecież niemożliwe, by każdy z nich miał tam tam kogoś znajomego, brata czy siostrę na scenie; niewiarygodne chyba, by tak dalece ulegli konwenansom, kurtuazji..
..jące?