Nie czuję się Ślązakiem. Nigdy nie mówiłem, nie myślałem po śląsku i raczej już nigdy nie będę. Odbierając edukację -- zrządzeniem losu nie udało mi się trafić do jednej grupy ze śląskim autochtonem, pierwszy kontakt z tą przedziwną (przyznaję, urzekającą) mową miałem w środowisku gliwickiej katedry, a i to na krótko. A jednak mieszkam, gdzie mieszkam -- od czasu do czasu raczony skrawkami "śląskości". I może to dlatego..
Tyle tytułem usprawiedliwienia dla tych, co dadzą się skusić, a nie odnajdą tego, co urzekło mnie. A urzekł mnie "Angelus", całkowicie.
Film pełen obrazów -- przecudnie wysublimowanych, wypieszczonych. Przywodzi na myśl "Delicatessen", "Amelię", chwilami przypomina go "Frida", młodzieniec żywcem z "Caravaggio". Pełen obrazów, które mimo swej magiczności nie tracą na realności -- wciąż wiarygodne, prawdziwe.
Czaru dodaje świadomość, że trzon "Angelusa" to wydarzenia historyczne, choć trudno w to uwierzyć. Bo jak to tak? Rdzennie śląska sekta okultystyczna próbująca ocalić świat przed zabójczym promieniem wysłanym z Saturna jako.. kara Boża?
"Angelus", dziś już obraz kultowy, to film lekki (choć, być może, wielu widzom pomogłyby polskie napisy), a jednocześnie pełen poezji i zabłąkanych Aniołów. Z Panem Hitlerem i Frau Hitler; Panem Stalinem, co to miał podobną energię, jak Pan Erwin; z proroczymi snami, w których przemawia sam Herr Gott; z orkiestrą górniczą i cudnym malarstwem członków tej przedziwnej sekty.
Kończąc nieudolnym cytatem -- "Dupło, ale żech szczimoł" -- polecam.