to chyba coś w mojej sylwetce, w sposobie ubierania się.. a może w twarzy? gdzieś na dnie oczu? ta jakaś, nazwijmy ją roboczo, naiwna dobroduszność, która sprawia, że można mnie z czystym sumieniem zignorować. odebrać telefon, zacząć stemplować stertę zaległych przesyłek właśnie w chwili, gdy podchodzę do okienka.
i chyba widać to już z daleka. wnikliwy obserwator dostrzegłby na poczcie pewne poruszenie wśród dotąd nic nie robiących pracowników trzeciego planu z chwilą, gdy tylko przekraczam próg..
ruch głowy, leniwe odkładanie ostrzonego od godziny ołówka.. grymas, jakby przypominanie sobie, co jeszcze zostało do zrobienia i przeglądanie w głowie listy w poszukiwaniu tego, co potrwa najdłużej.. wreszcie start. tak, by z chwilą gdy jestem tuż, tuż.. jedną, pół osoby od bycia obsłużonym – ułatwić koleżance zadanie i wpaść do niej z pilnym zleceniem..
i to nawet nie chodzi o to, że druga kolejka dla mnie zawsze porusza się szybciej.. to jakaś kosmiczna konspiracja.. wszystkie te staruszki, które właśnie w mojej kolejce muszą podzielić się historią swojego życia przy okazji kupowania jednego znaczka, albo ta blondynka z jedną kopertą, która tuż przy okienku okazuje się mieć jeszcze dwie reklamówki pełne przesyłek i wymagającą poprawek książkę nadawczą..
ja nawet na kebaba musiałem ostatnio 20 minut czekać, bo zaraz po moim zamówieniu pani kebabiarka postanowiła odebrać cztery zlecenia telefoniczne, przygotować je i jeszcze obsłużyć pana, który zamawiał po mnie..
a że podobno tylko dzieci dyskutują z deszczem, że przecież to tylko biedni, nieszczęśliwi ludzie – przywykłem. uśmiecham się tylko, pobłażliwie przepuszczając tych, co to tylko jeden znaczek; i tę panią w sile wieku, co to stała tu od wczoraj, ale na chwilę wyszła..
i tak sobie myślę, że kiedyś przecież będę musiał odreagować, tak zbiorczo, za wszystkie czasy.. tak się rodzą psychopaci, prawda?
wczoraj, w wigilię Wszystkich Świętych, do Nieba poszedł Maniek. bo gdzie indziej mógł pójść? zaprzyjaźniał się z każdym, wszędzie był u siebie i śpiewał tak, że Niebo musiało nam go w końcu pozazdrościć..
pozostawił nie tyle smutek czy żal, co wzruszenie. wzruszenie, że dane było go spotkać, poznać, posłuchać, z nim się napić. wzruszenie, że ten włochaty Piotruś Pan był tak blisko, że można go było nazwać przyjacielem..
i może tylko krztynę smutku, że trzeba będzie jeszcze pożyć, a dopiero potem umrzeć, żeby go znów usłyszeć, uściskać..
Twoje Zdrowie, Maniuś, tym razem już naprawdę nieustające!
w zeszłym tygodniu, ratując spadający poziom cukru we krwi, a mając chwilę do zagospodarowania, wylądowałem w kawiarence, gdzie..
– Napoleonkę poproszę.
– Znaczy ciastko papieskie?
– Ale.. że jak?
– Po śmierci Naszego Papieża zmieniliśmy nazwę..
– A co na to Napoleon?
– Ha, ha.
– No dobrze, a to jest jakaś ogólnopolska akcja cukierników, czy to tylko u Państwa?
– No może gdzieś jeszcze są tacy, co sprzedają Napoleonki, ale widzi Pan, to był Nasz Papież..
i tak sobie pomyślałem, że może by jakąś pracę naukową o wykorzystywaniu Jana Pawła II za życia i po śmierci jako przynęty marketingowej, czy wręcz znaku towarowego zupełnie nie zastrzeżonego, że o tych wszytkich pocztówkach, breloczkach, płytach CD, aż po wycieranie sobie gąb w telewizorach przez wszystkich, którzy już chyba tylko na tym mogli swój upadający PR podbudować..
..aż, zupełnie przypadkiem, wczoraj, w jakimś przygodnym telewizorze zobaczyłem.. Biskupa Tadeusza Pieronka reklamującego Gazetę Wyborczą i serię «Nasz Święty» – że jak kochałeś papieża, wróć, Naszego Papieża, to powinieneś kupić..
trochę obciach, Księże Biskupie, trochę obciach..
Stryj mój mawiał (a może powiedział raz, a mnie w pamięć zapadło?), że w Tym Wszystkim nie chodzi o to, by Króliczka złapać, ale by za nim ciągle gonić. rzecz dotyczyła wówczas zdobywania wiedzy, za którą pogoń zwiększać miała sprawność goniącego, nie dając się nigdy posiąść do końca.
uwierzyłem i chyba tak mi zostało. ciągła pogoń, wiecznie «in statu nascendi», tu i teraz, bez konkretnego, upatrzonego rusztu. po horyzont Królików, z których każdy jest równie dobry, bo przecież biegnie. dopóki biegnie.
i to chyba wiele ułatwia, życie upraszcza – bo przecież jest dobrze, przecież biegniesz, a wszystko inne się tak naprawdę nie liczy, ale..
ale chyba powoli zacząłem dostawać zadyszki..